8 dzień -3.07.2017

Dziś obudziło nas słońce, jednak temperatura nie była powalająca, bo zaledwie 14 stopni.
Szybkie śniadanie, pakowanie całego majdanu i opuszczamy nasz bungalow..          

Nasz plan na dzisiaj to Ustka, czyli jakieś 50 52 km. Nie wiemy jak będzie po wczorajszym dystansie.
Ruszyliśmy ale niestety trasa prowadzi nas drogą krajową 203. Dla mnie okropność. Nie cierpię jeździć drogą.
Następnie skręcamy w drogę na Jarosławiec. Po jakimś czasie okazuje się, że możemy odbić na Wicie, maleńką miejscowość nadmorską, którą odwiedziliśmy kilka lat temu, kiedy w tym miejscu asfalt zwijali na noc, ptaki zawracały a psy dupami szczekały. Wjeżdżamy i opad kopary. No całkiem ładne to Wicie. Drogi eleganckie, dużo nowych budynkórw, knajpek. No pełna metamorfoza.



                    
Okazuje się, że to właśnie w Wiciu znajduje się geograficzny środek polskiego wybrzeża.



Tu robimy chwilę przerwy i ze smakiem wciągamy po drożdżówce. Oj w takich warunkach wszystko smakuje. Podczas przerwy nadjeżdża inna para sakwiarzy. Zamieniamy kilka zdań, okazuje się, że oni też tą samą trasą co my,  jednak dużo szybciej, bo i młodsi i inna kondycja. Pożegnaliśmy się życząc sobie wzajemnie szerokiej drogi, że zapewne spotkamy sie w trasie, jednak wiedzieliśmy, że się nie spotkamy, gdyż oni pędzą. 
Z Wicia kierujemy się do Jaroslawca, gdzie chcemy podjechać do latarni morskiej. 


Dojeżdżając do latarni ktoś na nas dzwoni dzwonkiem rowerowym. Okazuje się, że to spotkani w Wiciu sakwiarze. Wymieniamy się informacjami na temat dalszej trasy. Okazuje się, ze nasza nawigacja pokazywała nam dużo dłuższą trasę niż naszych nowo poznanych znajomych. Ruszamy dalej, jednak z kilometra na kolometr siedzimy im na ogonie a następnie zostajemy w tyle. Trudno. Ale podali nam namiary na następne miejscowosci na trasie więc jakoś damy radę. Ale nagle rozwidlenie dróg. Bez żadnego kierunkowskazu no i zostalismy w czarnej dupie. Ale... nagle z lewej strony zza zakrętu wyłania sie nasz znajomy i mówi, że wrócił żebyśmy nie pobładzili i że jadąc za nim dojedziemy do Ustki nawet jeśli nam już znikną z horyzontu. Było to szalenie miłe z jego strony. 
Objechaliśmy tym sposobem jezioro Wicko i poligon wojskowy. Jechaliśmy przez niewielkie miejscowosci Korlino, Zaleskie droga asfaltowa w fatalnym stanie. Nie można jechać poboczem a i asfalt z prawej strony dziurawy popękany tak że trzeba jechac przynajmniej metr od brzegu drogi, do tego co trochę wzniesienia i wiatr, który odczuwalnie zarzucał naszymi nieźle dociażonymi rowerami. Mijamy potężne wiatraki, które jak wynika z nazwy napędza wiatr robią tyle hałasu...


Zatrzymujemy sie na moment na jakimś przystanku. Tam szybciutka przekąska, żeby uzupełnić spalane w szybkim tempie kalorie. To jakis owoc, to serek waniliowy. Podbiega trzech chłopaków, pytają gdzie i skąd jedziemy, przyglądają się obładowanym rowerom, po czym czmychają.

Do Ustki dojeżdżamy ok 14. Idziemy na obiad. Piotrek zauważył baner o tanich domowych obiadach w szkole podstawowej. No to hop. I juz zjadamy obiadek. Ciepły, pożywny, smaczny i tani.



Przy obiedzie zastanawiamy się czy nasze nogi wytrzymają jeszcze 22 km trasę do Rowów. Zapada spontaniczna decyzja, kondycja dobra, pogoda akuratna, no to co? Jadziem. Jeszcze ktoś nas zaczepia, dopytuje skąd i gdzie, jakie trasy i że super, że zazdrości, że gratuluje. Miłe drobne sytuacje.


Tak więc z Ustki kierujemy się do Rowów przez małe wioski. Nawigacja kieruje nas na szlak R-10, ktory niestety miejscami jest bardzo słabo oznakowany ale w miejscu gdzie sytuacja wygląda beznadziejnie, pojawia sie jakis starszy pan jadący z wnuczką na przejażdżkę rowerową. Jest bardzo pomocny. Podaje nam dwie możliwości. Jedna to podróż drogą asfaltową druga malownicza trasa przez las i pola. Oczywiście wybieramy drugą opcję, czego nie żałujemy. Dwanascie kilometrów pieknych widokow i dodatkowych atrakcji.  Pola pełne zboża, kukurydzy, rzepaku, ptaki śpiewające nad głowami, lasy dajace odrobinę cienia, na drodze pojawia się mały lis. No bajka.


 

           



Jadąc polną drogą zatrzymujemy się w miejscu dla strudzonego turysty - stoliczek ławeczki tak wita nas Wytowno. Chwila oddechu dwie fotki i w drogę



            

Po przejechaniu 75,2 km  (przy okazji pobiciu własnego rekordu) docieramy do Rowów.


Po uprzednim zapoznaniu się z prognozą pogody szukamy noclegu, niekoniecznie pod chmurką. Znajdujemy nocleg w pensjonacie Promyk w Rowach. Za bardzo dobrą cenę wynajmujemy apatrament. I bardzo dobrze, bo właśnie lunęło. Jutro, jeśli pogoda pozwoli ruszamy w dalszą trasę.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

3 dzień 28.06.2017

4 dzień 29.06.2017