7 dzień - 2.07.2017


Dziś przebudziło nas optymistycznie wyglądające niebo, zachęcając do dalszej drogi.

Po zjedzeniu pożywnego śniadania już o 8.00 wyruszyliśmy w stronę Gąsek. Jechaliśmy leśnym hmmm niby duktem ale bardziej błotem i kałużami. Dotarlismy do latarni morskiej w Gąskach.

    .    

W przydrożnej budce kupiliśmy drożdżówki, bardzo smaczne i ruszyliśmy drogą (przez mękę) do Sarbinowa.



Wprawdzie niebo się mocno zachmurzyło, jednak gromy padały z moich ust, kiedy w wysublimowany sposób rozwodziłam się na temat stanu tej drogi. Męka i kwieciste wiązanki towarzyszyły nam przez 2 km.

Dotarliśmy do malowniczego Sarbinowa gdzie wiatr hulał jak oszalały. Niestety promenadą nie dało się długo jechać, bo chcialo urwać głowę.



Kiedy minęlismy Sarbinowo po kilku kilometrach wjechalismy w malutką lecz uroczą miejscowość Chłopy.  Dopytalismy ratowników medycznych wyjeżdżających z lasu, czy dobrze kierujemy się na Mielno. Okazało się, że tak, niemniej jednak odradzali nam tę trasę z uwagi na duże błoto i kałuże. Zaproponowali objazd. Jednak gdy nam powiedzieli, że trasa na tym odcinku wydłuży się trzykrotnie, zaryzykowaliśmy i wybraliśmy las, kałuże i błoto. Warto było, bo przejeżdżając tą trasą mieliśmy okazję zobaczyć obelisk informujący o przebiegającym w tym miejscu 16 południku geograficznym.

                  

Ale to nie wszystko, w tym miejscu mieliśmy też okazję przekonać się o przysłowiowej polskiej gościnności. Dzień chłodny, pęd powietrza dodatkowo chłodził wiec Piotrek trochę zmarzł. Obok obeliska stała grupka osób, takich 50 + i raczyła się rozgrzewającym trunkiem. Zaproponowali nam po kieliszku na rozgrzewkę


Piotrek skorzystał, ja podziękowałam w obawie, że po spożyciu wody ognistej wpadnę w  błoto.
Cała trasa faktycznie łatwa nie była. Błoto, błoto, mokry piach i kałuże. Szczęśliwie, bez błotnych kąpieli dojechalismy do Mielna. Na dzień dobry powitało nas drzewo, czy to zdziwione, że jednak udało się nam dojechać, czy może przestraszone naszym wyglądem - tego nie wiem


Mijamy Unieście. W Łazach zatrzymujemy się na gorącą zupę, bo trochę nas przewiało. Ale oprócz zupy zyskaliśmy wiedzę, jak dojechać do Dąbek nie nadkładając drogi, którą wytyczyła nam nawigacja. Jadąc przez Osiek, wbilismy się na polną drogę i tu oko cieszył rosnący rzepak, kwitnące ziemniaki i chabry w zbożu. No dech zapiera. Może podniecam się banałami, ale na codzień gonitwa praca dom, dom praca i na różne drobiazgi nie zwracamy uwagi bo czasu i możliwości brak.


W Dąbkach planowaliśmy rozbić obóz. Jednak na trasie zobaczyliśmy tablicę informującą Dąbki 11 km, Darłowo 18 km. Powiedziałam do Piotrka, ze skoro damy radę dojechać do Dąbek, to może jeszcze trochę szarpniemy i dojedziemy do Darłowa? Tak też się stało


                           

Tym sposobem dziś pobiliśmy rekord robiąc ponad 72 km. Jestem z siebie dumna. Ale już się zastanawiam jak jutro wstanę.


W Darłowie mieliśmy rozbić kolejny obóz ale wybrane pole namiotowe to wczesny Gierek, syf, brak ciepłej wody, dostępu do prądu a i wody na herbatę nie było gdzie ugotować.  Czym prędzej skorzystałam z informacji Google i znalazłam inne pole, które spełniało nasze oczekiwania. Jednak tuż przed nim zauważyliśmy inne kameralne pole namiotowe a po rozmowie z właścicielem okazało się, ze za 10 zł więcej niż opłata za pole namiotowe może nam wynająć pokoik w bungalowie. Noc zapowiada się chłodna, to czemu nie skorzystać. Pokoik okazał się salonem z tv, sypialnią i ogromną łazienką z wc i gorącą wodą. Tak kończy się kolejny dzień naszej przygody.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

3 dzień 28.06.2017

4 dzień 29.06.2017

8 dzień -3.07.2017